piątek, 30 września 2016

A jak aklimatyzacja

Bałam się jak cholera. Nie tyle bezpośrednio o Lorka, co o Biszkopta. To mój rudy dachowiec, który chcąc nie chcąc zaprawił się w bojach z bezpańskimi kocurami. Biszkopt uwielbia gnębić swoją siostrę Misię. I ogólnie lubi pastwić się na wszystkich mniejszych od siebie stworzeniach. Tak więc bałamsię , czy po prostu nie zrobi maluchowi krzywdy...

16 stycznia 2016 przywiozłam Lorka. 3-miesięczne maleństwo - puchata kuleczka. Zimowałam u Mamy, kotek zatem trafił do całkiem sporego stada (moje dwa, Mamy 4 koty). Miałam za sobą sporo godzin programu Jacksona Galaxy (program pod publiczkę czy nie - ale jego pomysły są niezłe) i nadzieję, że jakoś to będzie...

I wyobraźcie sobie - ta mała kuleczka po wyjściu z przenoski zamiast schować się za łóżkiem zaczęła zwiedzać. Oraz zaprzyjaźniać się ze wszystkimi - czy tego chcieli czy nie. Biszkopta oczywiście wyniosłam z pokoju. Sugerując się nieco radami behawiorystów plan zakładał długie obwąchiwanie się przez drzwi, wymienianie zapachów na kocykach etc.

Lorek zamieszkał z Misią. Misiunia to chodzący tchórzyk. Warczała, syczała a ile się przy tej swej zawziętości opluła! Taki wachlarz umiejętności a mały i tak się do niej kleił. Nie pomogło odpychanie go łapką czy plaskacz po nosie. Lorek chciał się przytulić, tak jak do robił dotychczas. Misia w głębi serducha też to lubiła, może właśnie dlatego dzień po dniu intensywność warczenia malała aż wreszcie kotka została częściowo spacyfikowana. Lorka po prostu średnio obchodziło to, że ona nie chce aby ten się przy niej położył, albo aby się nie nadstawiał do mycie :) Widać było jednak pewien szacunek jakim mały ją darzy - w tym dwuosobowym stadku powstała hierarchia. Misia była mamką. Jak mały za bardzo szalał wystarczyło by kotka przycisnęła go łapką do ziemi - kociak odpuszczał.
Ucieszyło mnie to niezmiernie, bo Miśka lubiła się do wszystkiego przytulać a niestety moje chłopaki średnio byli zainteresowani takimi czułościami, więc najczęściej dostawała po głowie i musiała uciekać. A teraz miała Lorka.

Gorzej z Biszkoptem. Niestety bał się Lorka a wiedziałam, że półdziki kot jak się boi to niestety może zaatakować (bo przecież nie ucieknie).


To był ciężki okres, bo Biszkopt bardzo chciał wrócić do mojego pokoju. Ale jak tylko tam się zjawiał, to warczał. A mały na siłę chciał mu wejść na głowę. Cyrk na kółkach! W końcu zaryzykowałam i pozwoliłam Biszkoptowi zostać (ponadto drugi pokój był potrzebny dla Miśki, która dostała kataru...).

Biszkoptowi - nim jeszcze zdążył coś zrobić - przypominałam, że nie wolno skrzywdzić małego kotka... Ale, eh... teraz myślę, że nie wyszło mu to na zdrowie, bo Lorek zaczął go po prostu zamęczać. Biegał, podgryzał, kładł się na nim. Biszkopt został spacyfikowany i mimo że jest łachudrą, to jest mi go nieraz żal. Choćby mały wgryzł mu się w tyłek, to Biszkopt i tak mu się nie odgryzie.

Mała kuleczka zajmie kiedyś dominującą rolę w stadzie.
Póki co - jest rozbrykanym dzieciakiem, który uprzykrza spokojne życie dwóm dorosłym kotom ;)

czwartek, 30 czerwca 2016

W ramach wstępu

Był sobie dzień w środku lata. Wzięłam książkę, położyłam się na brzuchu na łóżku i zaczęłam czytać. Nie trwało to długo... chwila nieuwagi i już na książce zlądował Chajjot - kot rasy maine coon. Puszek okruszek, ale masa wystarczająca by pokryć obie strony otwartej książki. Oczywiście, że nie przyrósł do papieru i można go było po prostu zepchnąć. Ale i tak ten ułamek sekundy ludzkiej bezradności w obliczu kociej kotowatości pozostaje. I wtedy zaczęłam zastanawiać się nad pewną kwestią. Nie znam się na chemii, neurologii czy niuansach biologii ludzkiego jestestwa, ale mam niemal pewność, że w chwili gdy poświęcamy się czemuś miłemu, co nas relaksuje i cieszy, aczkolwiek absorbuje - to w takich właśnie stanach tworzymy aurę. Jest ona cieniutką warstewką, która nas spowija i sporą masą koncentrującą się pomiędzy nami a absorbującym nas przedmiotem. Musi być ona wyczuwalna dla innych istot. I to ze sporej odległości. A na pewno pożywna (musi też zachodzić zjawisko indukcji - przebywająca w aurze istota chłonie ją całym swoim cielskiem). Nie widzę po prostu innego powodu dla którego zawsze, po prostu ZAWSZE jak otwieram książkę, siadam do laptopa, rozkładam się z rękodziełem (papierami, materiałami...) ZAWSZE wtedy pojawia się na tym czymś KOT. W przypadku gdy mamy do czynienia z komputerem stracjonarnym aura musi bć bardziej rozwleczona w przestrzeni i kotu nie tak łatwo ją ogarnąć. Wtedy to postanawia okazać swą miłość włażąc centralnie na nas, domagając się głaskania albo jak już wlezie na kolana to idzie spać, angażując w to oczywiście obie nasze ręce.


Brzmi znajomo? Dla mnie jest to fenomen kociej natury.

Tego letniego dnia pomyślałam - kurcze fenomen! Ale żeby jedyny! A może by o tym popisać? Przeanalizować tego mojego Chajjota. Poczytać, postudiować to i owo. Dowiedzieć się czegoś nowego, Pomysł dobry. Gorzej z realizacją. Minął jeden miesiąc, drugi i kolejne. I jakoś tak nie zebrałam się.

I przyszedł grudzień. Przedświąteczny czwartek w mieszkaniu mojej mamy. Szykowałam ubrania na "pracowniczą wigilię". Kot oczywiście był gdzie? SIEDZIAŁ NA UBRANIACH. On siedział, ja wybierałam, przebierałam. Wychodziłam z pokoju i wracałam. I przyszłam któryś raz a na ubraniach nie było już kota. Coś dziwnie syknęło za łóżkiem. Ocho!, pomyślałam, pewnie za nogą wpuściłam kotkę mamy i zrobiło się spięcie. Zajrzałam w kąt. A tam leżał Chajjot. Prawdopodobnie chciał się schować. To ponoć leży w kociej naturze. Już nie zdążył. Leżał wiotki i pomału uchodziło z niego ciepło. Całkowicie nielogiczna sytuacja. Całkowita abstrakcja.

Wszystko wskazuje, że było to serce. Prawdopodobnie niezdiagnozowane HCM. Nie widziałam nawet, że rasa ta cierpi na podobne schorzenie. Myślałam całe te 11 lat, że największą słabością maine coon'ów są ich stawy, narażone na obciążenia wynikające z masy ciała tych kotów.



Ten kto ma kota rasy pierwotnej wie, jak szczególnej natury są to zwierzęta i jak niezwykle są oddane. Każdy inny, przepraszam, ale chyba nie zrozumie, co mam na myśli. Pso-koty, koto-psy. Towarzyszące nam całe życie (nie lubią samotności - obrażają się gdy na dłużej zostawimy je w domu), są ciekawskie, wierne, uczuciowe choć oczywiście humorzaste jak to koty. Inteligentne, o silnym charakterze. A równocześnie takie wieczne kocięta, które mają swoje głupawki. Można by tak długo... Przywiązane do człowieka a nie miejsca. Ciapki potykający się o wszytko.


Przyszły święta a ja zostałam z dwoma tzw. kundelkami czyli kotkami wziętymi za kociaka z podwórka. To wdzięczne udomowione dzikuski, ale nie wypełnią mi powstałej pustki. Po prostu to nie ich natura, nawet nie próbują. Jest zima, więc siedzą ze mną w mieście, ale wiosną gdy wrócimy na wieś, cóż - polecą inwentaryzować myszki, krety i sikorki. Będą niechętnie wracać o świcie, by się przespać, zjeść i lecieć dalej.

Tylko świadome odpychanie od siebie myśli i wspomnień mogło uleczyć smutek po stracie Chajjota. A powstałą dziurę w sercu trzeba było załatać grubym ściegiem. Najlepiej takim, który lekko przeszkadza, przez co skupia uwagę na sobie. Takim plasterkiem jest Lorek (Lotholorien, ale osobiście chyba woli zdrobnienie; ostentacyjnie ignorując wołanie "Lorien";). Jest on owocem ciągu wydarzeń, zapoczątkowanym przez słowa mojej mamy:  "musimy wziąć nowego kota, bo zwariujemy".

Lorien to oczywiście maine coon. Oczywiście czarny klasyczny. Ale nie jest odbiciem Chajjota. Byłby zbytnio do niego podobny, a to nie jest dobre. Chajjot był brązowy, Leon jest srebrzysty, z białym.


Lorek będzie głównym bohaterem tego bloga, ale nie zabraknie tu miejsca dla Chajjota, który mnie zainspirował, jak i Misi oraz Biszkopta; moich dachowców. Oraz innych kotów, które ocierają się i ocierały o moje nogi przez ostatnie dwadzieścia kilka lat.












ps. na święta dostałam od siostry kalendarz książkowy, w którym znalazłam taki oto wiersz:



O kocie, który odszedł na zawsze /F. J. Klimek/

Zapłacz.
Kiedy odejdzie.
Jeśli Cię serce zaboli.
Że to o wiele za wcześnie
Choć może i z Bożej woli.



Zapłacz.
Bo dla płaczących
Niebo bywa łaskawsze.
Lecz niech uwierzą wierzący.
Że on nie odszedł na zawsze.

Zapłacz.
Kiedy odejdzie.
Uroń łzę jedną i drugą.
I - przestań nim słońce wzejdzie.
Bo on nie odszedł na długo.


Potem
Rozglądnij się wkoło.
Ale nie w górę: patrz nisko
I - może wystarczy zawołać.
On może być już tu blisko.


A jeśli ktoś mi zarzuci.
Że świat widzę w krzywym lusterku.
To ja powtórzę:
On wróci.
Choć może w innym futerku.