
Brzmi znajomo? Dla mnie jest to fenomen kociej natury.
Tego letniego dnia pomyślałam - kurcze fenomen! Ale żeby jedyny! A może by o tym popisać? Przeanalizować tego mojego Chajjota. Poczytać, postudiować to i owo. Dowiedzieć się czegoś nowego, Pomysł dobry. Gorzej z realizacją. Minął jeden miesiąc, drugi i kolejne. I jakoś tak nie zebrałam się.
I przyszedł grudzień. Przedświąteczny czwartek w mieszkaniu mojej mamy. Szykowałam ubrania na "pracowniczą wigilię". Kot oczywiście był gdzie? SIEDZIAŁ NA UBRANIACH. On siedział, ja wybierałam, przebierałam. Wychodziłam z pokoju i wracałam. I przyszłam któryś raz a na ubraniach nie było już kota. Coś dziwnie syknęło za łóżkiem. Ocho!, pomyślałam, pewnie za nogą wpuściłam kotkę mamy i zrobiło się spięcie. Zajrzałam w kąt. A tam leżał Chajjot. Prawdopodobnie chciał się schować. To ponoć leży w kociej naturze. Już nie zdążył. Leżał wiotki i pomału uchodziło z niego ciepło. Całkowicie nielogiczna sytuacja. Całkowita abstrakcja.
Wszystko wskazuje, że było to serce. Prawdopodobnie niezdiagnozowane HCM. Nie widziałam nawet, że rasa ta cierpi na podobne schorzenie. Myślałam całe te 11 lat, że największą słabością maine coon'ów są ich stawy, narażone na obciążenia wynikające z masy ciała tych kotów.

Ten kto ma kota rasy pierwotnej wie, jak szczególnej natury są to zwierzęta i jak niezwykle są oddane. Każdy inny, przepraszam, ale chyba nie zrozumie, co mam na myśli. Pso-koty, koto-psy. Towarzyszące nam całe życie (nie lubią samotności - obrażają się gdy na dłużej zostawimy je w domu), są ciekawskie, wierne, uczuciowe choć oczywiście humorzaste jak to koty. Inteligentne, o silnym charakterze. A równocześnie takie wieczne kocięta, które mają swoje głupawki. Można by tak długo... Przywiązane do człowieka a nie miejsca. Ciapki potykający się o wszytko.
Przyszły święta a ja zostałam z dwoma tzw. kundelkami czyli kotkami wziętymi za kociaka z podwórka. To wdzięczne udomowione dzikuski, ale nie wypełnią mi powstałej pustki. Po prostu to nie ich natura, nawet nie próbują. Jest zima, więc siedzą ze mną w mieście, ale wiosną gdy wrócimy na wieś, cóż - polecą inwentaryzować myszki, krety i sikorki. Będą niechętnie wracać o świcie, by się przespać, zjeść i lecieć dalej.
Tylko świadome odpychanie od siebie myśli i wspomnień mogło uleczyć smutek po stracie Chajjota. A powstałą dziurę w sercu trzeba było załatać grubym ściegiem. Najlepiej takim, który lekko przeszkadza, przez co skupia uwagę na sobie. Takim plasterkiem jest Lorek (Lotholorien, ale osobiście chyba woli zdrobnienie; ostentacyjnie ignorując wołanie "Lorien";). Jest on owocem ciągu wydarzeń, zapoczątkowanym przez słowa mojej mamy: "musimy wziąć nowego kota, bo zwariujemy".
Lorien to oczywiście maine coon. Oczywiście czarny klasyczny. Ale nie jest odbiciem Chajjota. Byłby zbytnio do niego podobny, a to nie jest dobre. Chajjot był brązowy, Leon jest srebrzysty, z białym.

Lorek będzie głównym bohaterem tego bloga, ale nie zabraknie tu miejsca dla Chajjota, który mnie zainspirował, jak i Misi oraz Biszkopta; moich dachowców. Oraz innych kotów, które ocierają się i ocierały o moje nogi przez ostatnie dwadzieścia kilka lat.
ps. na święta dostałam od siostry kalendarz książkowy, w którym znalazłam taki oto wiersz:
O kocie, który odszedł na zawsze /F. J. Klimek/
Zapłacz.
Kiedy odejdzie.
Jeśli Cię serce zaboli.
Że to o wiele za wcześnie
Choć może i z Bożej woli.
Zapłacz.
Bo dla płaczących
Niebo bywa łaskawsze.
Lecz niech uwierzą wierzący.
Że on nie odszedł na zawsze.
Zapłacz.
Kiedy odejdzie.
Uroń łzę jedną i drugą.
I - przestań nim słońce wzejdzie.
Bo on nie odszedł na długo.
Potem
Rozglądnij się wkoło.
Ale nie w górę: patrz nisko
I - może wystarczy zawołać.
On może być już tu blisko.
A jeśli ktoś mi zarzuci.
Że świat widzę w krzywym lusterku.
To ja powtórzę:
On wróci.
Choć może w innym futerku.
